Ze wszystkich dni tygodnia najbardziej lubię poniedziałki. Od wielu lat mój harmonogram pracy układany jest tak, że poniedziałek jest dniem leniwych poranków, przeciągłych kaw z mlekiem, zakupów, spacerów, wylegiwania się na kanapie, ale nigdy dniem pracy. Dniem odpoczynku po zapracowanym weekendzie. Dniem układania starych zdjęć w albumach, wykrajania z kolorowych bloczków papieru elementów świątecznych kartek. W poniedziałek nie dzwoni mój budzik, nie wyskakuję z pidżamy przed południem, nie otwieram skrzynki z mailami.
W samo błogie poniedziałkowe popołudnie niespodziewanie przyjeżdża Kasia. Wysoka, szczupła, z długimi kasztanowymi włosami. Jak zawsze lekko podenerwowana, mówiąca zbyt szybko i szeleszcząco. Pod tym względem nie zmieniła się ani o włos od chwili, gdy poznałyśmy się podczas lekcji plastyki w klasie siódmej be. Pijemy herbatę, powietrze gęstnieje od zapachu przywiezionych przez nią hiacyntów, pleciemy coś tam o głupotach. I gdzieś pomiędzy zdaniami, Kasia głaszcze się czule po szerokim, elastycznym pasie spodni i mówi, że przyjechały dzisiaj do mnie we dwie. Milknę, jakby zupełnie nie wiedząc o co chodzi; sklejam w głowie wszystkie puzzle kasinych słów, jej nieskrywaną dotychczas niechęć do dzieci i matkowania, wszystkie niedzieciowe plany na przyszły rok i jeszcze fakt, że dotąd nigdy ani słowem nie zdradziła się ze swoimi rodzicielskimi zamiarami. A zamiary, jak Kasię znam, czynić musiała od dawna. Więc Kasia rozpoczyna swoją opowieść o przygotowaniach i zamiarach, o przychodniach, badaniach, o temperaturach, witaminach i tym wszystkim, czego właściwie nie słyszę, bo wciąż – ogłuszona tym niezauważonym brzuszkiem – mam przed oczami jej żółtą sukienkę w słoneczniki smętnie wiszącą na chudych, czternastoletnich ramionach i brązowe skórzane sandały. Taka mnie zawsze witała pod gęstą lipą rosnącą przy jej domu, spod którego ruszałyśmy na wielogodzinne spacery, podczas których snułyśmy nasze nastoletnie rozmowy o życiu. Długie to były i szalenie poważne rozmowy, podczas których najważniejszą dla nas sprawą była wówczas miłość. Byłyśmy obie zakochane, obowiązkowo nieszczęśliwie. Zaangażowane w te nastoletnie miłości aż do bezsenności i nieuniknionej egzaltacji. Czytałyśmy Tuwima, Iwaszkiewicza, Pawlikowską-Jasnorzewską. Marzyłyśmy o doskonałych związkach pełnych pasji, czułości, zrozumienia, o opiewanej przez grafomańskie powieści komunii dusz. Pisałyśmy do siebie wielostronicowe listy, a gdy któraś choćby na kilka dni wyjeżdżała z miasta, płakałyśmy z tęsknoty.
Choć trwało to wszystko najdalej półtora roku, gdyż po skończeniu ósmej klasy rozpoczęłyśmy naukę w innych szkołach, co dla nastoletniej przyjaźni oznaczało zwykle wygaszanie znajomości, wciąż mam ogromny sentyment do spędzonego wspólnie czasu i do tych wrażliwych i trochę smutnych dziewczynek, którymi wtedy byłyśmy. Może dlatego, że byłyśmy w swych dziewczyńskich marzeniach takie konsekwentne i uparte. Że, mimo wszystkich przeciwności, z którymi przyszło nam się zmierzyć, nie odstępowałyśmy od swoich romantycznych, egzaltowanych ideałów. Tuż po tym, jak skończyłyśmy szkołę, podczas letnich kolonii nad morzem, Kasia poznała chudziutkiego, wrażliwego chłopca o niebieskich oczach. Mieli po piętnaście lat i dzieliło ich dwieście kilometrów, ale kochali się ogromnie. Codziennie z wypiekami biegali na pocztę, aby wysłać do siebie list, zdjęcie lub tekst piosenki. Kilka lat temu pobrali się w kościele mieszczącym się naprzeciw naszej dawnej szkoły. A latem urodzi się im wyczekiwana córka, z którą chodzić będą na długie spacery, tymi samymi trasami, które wydeptywałyśmy jeszcze jako dziewczynki.
Pijemy z Kasią herbatę, Kasia znów gładzi się po brzuchu. Mówi o kolorze mebli do córkowego pokoju, o szkole rodzenia, o urlopie macierzyńskim. A ja nie mogę uwierzyć w to, że już tyle czasu minęło od chwili, gdy niesforny wiatr rozwiewał materiał żółtej sukienki w słoneczniki smętnie wiszącej na chudych ramionach dziewczynki, która w jakiś sposób wciąż siedzi przede mną. Przed oczami stają mi wspomnienia ostatnich kilkunastu lat, które tak bardzo już spłowiały, że wydają się zupełnie nierealne i jakby wcale nie moje. I nie mogę się nadziwić, dokąd uciekły te wszystkie popołudnia, poranki, wieczory i noce, które mnie dzielą od tych chwil, gdy siedziałyśmy razem nad Odrą, wrzucałyśmy do wody liście koniczyny i spoglądałyśmy w najbliższe miesiące jak w najodleglejszą przyszłość.