RSS
 

gdy się zaczyna

07 maj

Gdy tylko słońca jest wystarczająco dużo, by sadzić pod oknami fioletowe bratki, gdy za szybą widzę kępki żółtych aksamitek a winobluszcz wypuszcza w górę jasnozielone macki, nie muszę już pić gorącej czekolady, nie potrzebuję cukierków o smaku coli ani naleśników z jabłkami i cynamonem. Wystarczy ten widok zieleni, wystarczy słońce i zapach powietrza wpadającego przez otwarte okno.

Wszystko już jest gotowe: wyprałam pierzyny i posadziłam kwiaty, wyprasowałam bawełniane firanki, poukładałam książki, posegregowałam dokumenty i listy. Uszyłam nowe powłoczki na poduszki. Wyrzuciłam nawet stare sukienki i zrobiłam więcej miejsca w szafie. Wszystko jest już gotowe, więc spokojnie piję herbatę, żyję tak samo jak żyłam jeszcze przed chwilą. I czekam. I w ogóle mnie nie dziwi, że czekania nie liczę już w latach, ani w miesiącach. Ani nawet w tygodniach.

Czekam na piątek lub środę. Na jego ostatni poranek na Chycówce, ostatnie przejście po stromiźnie drewnianych schodów, ostatnie trzaśnięcie drzwiami, na których wiecznie pajęczyny i kurz. I na ostatni spacer drogą, którą znam tak bardzo dobrze i której tak przy tym nienawidzę. Tą drogą wzdłuż ulicy Chramcówki w kierunku dworca,  z którego przyjedzie, zupełnie jak zwykle, do mnie, do domu. I już zostanie.

Piję miętę z cytryną i miodem, jak zwykle. Ścieram kurze z szafek, układam zdjęcia w albumach. Zupełnie jak zawsze. Układam kwiaty w wazonie, przycinam róże przed domem. Łapię w płuca zaokienny wiatr. Życie jest najfajniejsze wtedy, gdy zaczyna się wiosna.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

mozajki, maziajki, okruszki

19 mar

Któregoś wieczoru, po latach, na nowo odkrywam blogi. Nie mam wprawdzie wystarczająco cierpliwości, aby szukać nowych, nieznanych mi wcześniej pamiętników, a większość z tych, które dodawałam do ulubionych już przeszło dekadę temu poznikała, jednak chętnie odświeżam w pamięci dawno zapomniane wpisy tych, których niegdyś mocno czytać polubiłam i z przyjemnością dzisiaj to czytanie odświeżam.

Lubię kiedy ludzie ocalają wspomnienia utrwalając ulotne chwile na papierze, w szkatułkach czy matrycy aparatu fotograficznego. Tak robiła moja nieżyjąca babcia – na strychu jej domu, zakurzone, leżały pękate kartony pełne przywożonych z uzdrowisk widokówek, muszelek podniesionych na plaży i noszonych później w kieszeni płaszczyka lub fartucha, listów do koleżanek, kartek z życzeniami od dziadka, wyblakłych dziecięcych fotografii studyjnych. Były też bloki pełne jej rysunków, bo w wolnych chwilach pomiędzy pracą na etat w wiejskim geesie, oporządzaniem przydomowej trzody, pieleniem pola, porządkowaniem obejścia i opieką nad czwórką małych dzieci, babcia lubiła rysować. Za każdym razem, gdy przyjeżdżaliśmy do niej na kilkudniowe wakacje, zamykałam się pośród zimnych i wilgotnych ścian dziadkowego pokoju, w którym babcia zwykła kryć wszystko, co dla niej świąteczne i najcenniejsze. Z ciemnych i ciężkich cielsk szaf i kredensów zawsze udawało mi się wyszperać elegancko kaligrafowane pocztówki lub portrety z grzecznymi dedykacjami na odwrocie. Tam też znajdywałam stare woluminy przedwojennych romansów, które czytałam wówczas z zapartym tchem i wzruszeniem. W takich właśnie zakurzonych okolicznościach przyszło mi po raz pierwszy do głowy, aby pisać pamiętnik.

Pamiętam drżenie, jakie wywoływały we mnie wszystkie odkrywane pośród pyłu, trocin i wilgoci drobiazgi. Tatowy list do siostry, w którym śmieje się, że babcia zasugerowała, aby kupił mojej mamie pierścionek zaręczynowy podczas swojego studenckiego wyjazdu do Rosji. Jego kilkuletnie litery z namaszczeniem kaligrafowane do jego ojca, a mojego dziadka, którymi zwierza się nieśmiało, że uczy się dobrze i oceny ma ładne, zwłaszcza z matematyki i przyrody. Przyznam się, choć nie bez wstydu, że kilka takich babcinych skarbów ukradłam i po kryjomu wywiozłam do Wrocławia, by schować je głęboko, na dnie szafy, zapakowane do pudełka i traktowane z namaszczeniem, jak relikwie. Nie wiem, co stało się z tymi skarbami po śmierci babci, czy ocalały podczas przeprowadzki z jej stuletniej chałupy, która w ostatnich latach jej życia tak była przygaszona i zwiędła, że dach jej niemal zupełnie sięgał ziemi. Może ciocia, niegdyś bardzo sentymentalna, postarała się o to, by je zachować. Może spłonęły w przydomowym ognisku razem z wywalanymi na wiosnę śmieciami.

Wczorajszą noc spędziłam czytając ciepłe notatki osób o doskonałej zdolności uwieczniania. Po kilku stronach wpadłam po uszy. Zagrzebałam się w ich rodzinne albumy, opisy ślubów, rocznic, dorastania ich dzieci, starzenia się ich rodziców. Chłonęłam łapczywie cudowne wspomnienia rodzinnego życia zupełnie jak wtedy, gdy jako nastolatka z rumianymi uszami zaczytywałam się w opowieściach Musierowicz. Jak bardzo żałuję, że moi rodzice nie mieli nigdy takiego daru wychwytywania fantastycznych momentów i ich ocalania. Choć muszę tutaj oddać honor tacie, dzięki któremu mamy dzisiaj piękne albumy i miłość do fotografii. Ale słów żadnych nam nie zostawili, żadnej rodzinnej narracji. Znam ich więc jako ludzi zupełnie praktycznych, przejętych w zasadzie głównie ogólnie rozumianym dobrostanem ich gospodarstwa i dorosłych od dawna już dzieci. Nic nie wiem o ich uczuciach, rozterkach, nie mam żadnych opowieści z czasów ich dzieciństwa, nawet nasze własne dzieciństwo jest w ich wspomnieniach zupełnie blade, nieszczególne i nad wyraz krótkie. Dlatego z fascynacją, ale i lekką zazdrością czytam opowieści matek, drobiazgowo opisujących obserwacje siebie i rosnących lub nawet starzejących się pod ich czułym okiem dzieci. A potem nawet wspomnienia tych dzieci. A wszystko to razem ułożone w fantastyczną mozaikę, scaloną oczywistą i fajną miłością.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

poniedziałek

17 mar

Ze wszystkich dni tygodnia najbardziej lubię poniedziałki. Od wielu lat mój harmonogram pracy układany jest tak, że poniedziałek jest dniem leniwych poranków, przeciągłych kaw z mlekiem, zakupów, spacerów, wylegiwania się na kanapie, ale nigdy dniem pracy. Dniem odpoczynku po zapracowanym weekendzie. Dniem układania starych zdjęć w albumach, wykrajania z kolorowych bloczków papieru elementów świątecznych kartek. W poniedziałek nie dzwoni mój budzik, nie wyskakuję z pidżamy przed południem, nie otwieram skrzynki z mailami.

W samo błogie poniedziałkowe popołudnie niespodziewanie przyjeżdża Kasia. Wysoka, szczupła, z długimi kasztanowymi włosami. Jak zawsze lekko podenerwowana, mówiąca zbyt szybko i szeleszcząco. Pod tym względem nie zmieniła się ani o włos od chwili, gdy poznałyśmy się podczas lekcji plastyki w klasie siódmej be. Pijemy herbatę, powietrze gęstnieje od zapachu przywiezionych przez nią hiacyntów, pleciemy coś tam o głupotach. I gdzieś pomiędzy zdaniami, Kasia głaszcze się czule po szerokim, elastycznym pasie spodni i mówi, że przyjechały dzisiaj do mnie we dwie. Milknę, jakby zupełnie nie wiedząc o co chodzi; sklejam w głowie wszystkie puzzle kasinych słów, jej nieskrywaną dotychczas niechęć do dzieci i matkowania, wszystkie niedzieciowe plany na przyszły rok i jeszcze fakt, że dotąd nigdy ani słowem nie zdradziła się ze swoimi rodzicielskimi zamiarami. A zamiary, jak Kasię znam, czynić musiała od dawna. Więc Kasia rozpoczyna swoją opowieść o przygotowaniach i zamiarach, o przychodniach, badaniach, o temperaturach, witaminach i tym wszystkim, czego właściwie nie słyszę, bo wciąż – ogłuszona tym niezauważonym brzuszkiem – mam przed oczami jej żółtą sukienkę w słoneczniki smętnie wiszącą na chudych, czternastoletnich ramionach i brązowe skórzane sandały. Taka mnie zawsze witała pod gęstą lipą rosnącą przy jej domu, spod którego ruszałyśmy na wielogodzinne spacery, podczas których snułyśmy nasze nastoletnie rozmowy o życiu. Długie to były i szalenie poważne rozmowy, podczas których najważniejszą dla nas sprawą była wówczas miłość. Byłyśmy obie zakochane, obowiązkowo nieszczęśliwie. Zaangażowane w te nastoletnie miłości aż do bezsenności i nieuniknionej egzaltacji. Czytałyśmy Tuwima, Iwaszkiewicza, Pawlikowską-Jasnorzewską. Marzyłyśmy o doskonałych związkach pełnych pasji, czułości, zrozumienia, o opiewanej przez grafomańskie powieści komunii dusz. Pisałyśmy do siebie wielostronicowe listy, a gdy któraś choćby na kilka dni wyjeżdżała z miasta, płakałyśmy z tęsknoty.

Choć trwało to wszystko najdalej półtora roku, gdyż po skończeniu ósmej klasy rozpoczęłyśmy naukę w innych szkołach, co dla nastoletniej przyjaźni oznaczało zwykle wygaszanie znajomości, wciąż mam ogromny sentyment do spędzonego wspólnie czasu i do tych wrażliwych i trochę smutnych dziewczynek, którymi wtedy byłyśmy. Może dlatego, że byłyśmy w swych dziewczyńskich marzeniach takie konsekwentne i uparte. Że, mimo wszystkich przeciwności, z którymi przyszło nam się zmierzyć, nie odstępowałyśmy od swoich romantycznych, egzaltowanych ideałów. Tuż po tym, jak skończyłyśmy szkołę, podczas letnich kolonii nad morzem, Kasia poznała chudziutkiego, wrażliwego chłopca o niebieskich oczach. Mieli po piętnaście lat i dzieliło ich dwieście kilometrów, ale kochali się ogromnie. Codziennie z wypiekami biegali na pocztę, aby wysłać do siebie list, zdjęcie lub tekst piosenki. Kilka lat temu pobrali się w kościele mieszczącym się naprzeciw naszej dawnej szkoły. A latem urodzi się im wyczekiwana córka, z którą chodzić będą na długie spacery, tymi samymi trasami, które wydeptywałyśmy jeszcze jako dziewczynki.

Pijemy z Kasią herbatę, Kasia znów gładzi się po brzuchu. Mówi o kolorze mebli do córkowego pokoju, o szkole rodzenia, o urlopie macierzyńskim. A ja nie mogę uwierzyć w to, że już tyle czasu minęło od chwili, gdy niesforny wiatr rozwiewał materiał żółtej sukienki w słoneczniki smętnie wiszącej na chudych ramionach dziewczynki, która w jakiś sposób wciąż siedzi przede mną. Przed oczami stają mi wspomnienia ostatnich kilkunastu lat, które tak bardzo już spłowiały, że wydają się zupełnie nierealne i jakby wcale nie moje. I nie mogę się nadziwić, dokąd uciekły te wszystkie popołudnia, poranki, wieczory i noce, które mnie dzielą od tych chwil, gdy siedziałyśmy razem nad Odrą, wrzucałyśmy do wody liście koniczyny i spoglądałyśmy w najbliższe miesiące jak w najodleglejszą przyszłość.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

.

16 mar

Kiedy miałam piętnaście lat, dorosły świat wydawał mi się przerażający, poważny, odpychający. Niekoniecznie w tej kolejości. I jakoś tak naiwnie wierzyłam, że już za rok, za dwa, no najdalej za pięć będę na tyle duża,  silna i odważna, że się w nim wygodnie umoszczę, że sobie ze wszystkim poradzę. Dziś mam drugie tyle (prawie) i wciąż mam opory i przechodzą mi ciarki po plecach, gdy mam wychylić nos by sprawdzić, co też czai się za rogiem. Ale dziś wiem chociaż, że nie jestem jedynym drżącym ze strachu stworzeniem na świecie, bo ci wszyscy duzi i mądrzy dorośli boją się najczęściej tak samo, albo jeszcze bardziej.

A, no i chciałam jeszcze dodać, że doświadczenie życiowe to jednak do kitu sprawa, skoro pół życia niemal zajmuje człowiekowi uświadomienie sobie takich, za przeproszeniem, pierdół.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

długo i szczęśliwie

01 gru

Jeden z tych jesiennych dni, gdy rozczulam się nad rozwartym wnętrzem albumów, nad starymi listami w zakurzonych kartonach, nad wyblakłymi nadrukami na prostokątach biletów do kina. Gdzieś w tym wszystkim dziewczęce wspomnienia pisane międz łykiem gorącej herbaty z imbirem a kawałkiem ciasta z wiśniami:

„Jest tak nierzeczywiście, nagle przyszła jesień, więc chowamy się w podziemnych barach z ciepłym piwem, uciekamy po schodach w głąb krętych korytarzy malowanych czerwoną farbą, rozmawiamy z obcymi ludźmi, którzy się do nas przysiadają. Nad nami terkoczą samochody, ludzie tupią swoimi obcasami. Dopiero nocą wychodzimy na zewnątrz, rozglądamy się uważnie dookoła i łapiemy się za ręce. Biegniemy przez puste parki, rozdeptujemy brudne kałuże. Potem stawiasz mnie na poręczy mostu, drżę z zimna, śmiejesz się ze mnie. Deszcz skrada mi się za kołnierz, więc nachylasz się nade mną by wyciągnąć go stamtąd ustami. (Ja wiem, to nie jest; to nie może być miłość.)”


http://muchomor.blog.pl/archiwum/index.php?nid=4518978

Ponad osiem lat minęło od czasu, gdy jasnowłosa dziewczynka z zadziornym kucykiem wystukała na klawiaturze te słowa i kliknęła eter. Tym stukaniem plastikowych kwadracików, ale też ołówkowym zgrzytem i skrzypieniem stalówki zapełniła jeszcze wiele stron, które dziś wyciągałam spod motków wełny i sznurów korali ukrytych w starych pudłach na samym szczycie szafy. Wycierając cieknący nos w rękaw różowej piżamowej bluzy jestem jej tak bardzo wdzięczna za te wszystkie notatki, karteczki i wpisy, z każdym rokiem coraz krótsze i coraz rzadsze. I tylko, gdybym mogła, chciałabym usiąść z nią przy mokrym jesiennym oknie jej panieńskiego pokoju, przytulić ją tak mocno, jak tego zawsze potrzebowała.  I chciałabym zapewnić ją, że nie musi się martwić o ten uśmiech na twarzy, że nie musi tak drżeć o tę bajkę, którą każdego wieczoru zapisuje w swoim notesiku, bo – mimo wszystkich kłopotów i zawirowań – czar już nie pryśnie. Chłopiec, w beżowym trenczu, w którym się wtedy zakochała, będzie już zawsze parasolem na jej deszcz. Oboje okażą się silni, cierpliwi i ufni. Nie będzie im łatwo, ale w zamian za to Pan Los obsypie ich słoskimi landrynkami chwil, które pochowają po kieszeniach i będą z nich czerpać siły, gdy przyjdzie Trudne i Złe.

Chciałabym też zajrzeć przez ramię do notesu tej kobiety, którą będę za kilkanaście, kilkadziesiąt lat i dowiedzieć się, że im się naprawdę udało. Że przez ten cały czas byli tak samo ufni, cierpliwi i silni. I że – powiedzmy to sobie szczerze – żyli długo i szczęśliwie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

.

01 gru

Czuję się tak, jakby za rogiem czekało na mnie coś bardzo ważnego. Pewnie dlatego znów zapuszczam włosy. Odkąd pamiętam, zawsze wtedy, gdy przygotowywałam się na istotne chwile w moim życiu, zapuszczałam włosy.  Robiłam tak przed pierwszą Komunią. A także przed maturą. Oraz wtedy, gdy kończyłam studia i zaczynałam pracę. Miałam wtedy takie same pukle jak dziś.  Aż do samego pasa.

Czuję się tak, jakbym oczekiwała osiemnastych urodzin. Z podnieceniem i niepokojem myślę o tym wszystkim, co zdaży się w ciągu najbliższego roku, o tych wszystkich mądrych i dorosłych planach, które rysuję sobie coraz wyraźniej. Wydaje mi się, że mam wreszcie dość siły, by zamiast się mazgaić, wziąć w końcu życie za bary, bo ostatecznie jestem mądrą i dzielną dziewczynką, która sobie poradzi. A jeśli nawet nie, to przecież nic się takiego nie stanie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wstecz

14 lis

 

Więc jesień. Za oknem mróz. Robimy z Gosią tradycyjny niedzielny obiad, tłukąc głośno plastry schabu. Z kubkiem herbaty w dłoniach przerzucamy strony starych albumów, jakieś licealne zdjęcia sprzed kilkunastu lat. A na nich pyzate, słodkie buzie dziewczynek, którymi wtedy byłyśmy. I, chcąc niechcąc, trochę wzdychamy do tych pyzatych uśmiechów, beztroskich wakacji nad jeziorami lub morzem, dziewczyńskich wygłupów. W naszej pamięci wszystko takiejeszcze nieodległe, świeże. Jeszcze mi pachną smażone flądry, które jadłyśmy z dziewczynami na Helu po maturze, a w szafie wciąż mam tę samą różową sukienkę,w której spacerowałam po tamtejszej plaży.

 

Wiadomo, nie wszystko poukładałosię tak, jak w dziewczyńskich snach o życiu długim i szczęśliwym i to nie zawsze z tego powodu, że złośliwy Pan Los mieszał szyki; czasem po prostu dlatego, że byłyśmy takie słodkie, pyzate i głupie. A jednak gdy myślę o tych wszystkich latach po maturze, nie wykreśliłabym z tej historii zbyt wiele liter. Lubiłam chodzenie na uczelnię, siedzenie z nosem w książkach i dyskusje na zajęciach; tak jak dziś lubię snuć swoją opowieść moim studentom. Lubiłam grzane wino z miodem i spacery nad rzeką. Na jednym nich przytuliłam sobie mądrego chłopca, który pachniał drożdżowym plackiem i gorącym mlekiem. Przegadaliśmy wiele wieczorów i nocy, przespacerowaliśmy razem wiele miast, zanim – osiem lat później – chłopiec ten został moim mężem. Moje życie stawało się takie, jakie lubię.

Dobrze mi, gdy o tym myślę i gdy uśmiecham się przy tym do osiemnastoletniej buzi dziewczęcia, którego zdjęcie wciąż noszę w moim tracącym ważność dowodzie osobistym. Oby dziewczyna z nowego zdjęcia była na tyle spokojna i silna, by fajnie zapisać nowo otwartą dekadę. Byle tak dalej, byle tak dalej.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

.

04 wrz

W sobotnie popołudnie idziemy z Gonią do parku i – chcąc nie chcąc – mijamy place zabaw, na których seksowni tatusiowie w spodenkach w kratkę biegają za pociechami wycierając im co rusz usta nawilżaną chusteczką. W internecie wpadam na program o nastoletnich matkach, ambitbej produkcji MTV i, nie wiedzieć kiedy, kończę oglądać drugi sezon, w którym naście lat młodsze ode mnie małolaty radzą sobie jakoś z pracą, nauką, rodzicielstwem. Trudno o rozmowę, w której ktoś nie poruszyłby kwestii ciąży, porodu, macierzyństwa. Nawet Eł mówi, że dosyć ma już tej bezdzietnej sielanki. Zaczynam czuć na sobie presję, choć dopiero teraz czuję, że mam czas na to, aby odetchnąć. W końcu mam swoje życie, czas dla siebie, szansę na to, by się rozwijać. Wszystko to, o czym tak długo marzyłam. Przeraża mnie wizja raczkującego po domu, nieokiełznanego małego człowieka z byle powodu wybuchającego dzikim płaczem. Drżę na myśl o nieprzespanych nocach, pieluchach, szczepionkach, ząbkowaniu i rachunkach za żłobek. Z drugiej strony mam już półki pełne dzieciecych książek, karton nowych pluszaków i kilka plastikowych butelek, które to rzeczy kupiliśmy jakoś bezwiednie, sama nie wiem dlaczego i po co. I coraz częściej zdarza mi się myśleć, że może to ten czas.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

.

13 sie

Gdy byłam nastoletnią dziewczynką marzyłam o tym, by być
kiedyś mądrym człowiekiem z fascynującą mnie wówczas zdolnością opowiadania
pouczających historii. Chciałam być wówczas prawdopodobnie kimś takim jak D.,
przechadzać się powoli po śliskiej posadzce muzeum, sączyć kawę przy stoliku
zaprzyjaźnionej kawiarni, kryć zmarszczki pod jedwabną apaszką i białym
muślinem sypkiego pudru. Cedzić słowa z namaszczeniem tak wielkim, iż samo ich
brzmienie robiłoby na wszystkich wrażenie i przymuszało do słuchania.


Ale wszystko się pokićkało i im bardziej staram się uciekać od ignorancji, tym
bardziej uciekam od zaprzyjaźnionych kawiarni dusznych od
przeintelektualizowanych tyrad frustratów, ich paternalistycznych spojrzeń i
gestów. Dawno już chyba wyrosłam z egzaltowanego nastolęctwa, tego obrzydliwego
stanu umysłu, w którym człowiekowi wydaje się, że posiada zdolność widzenia
"więcej" i przeżywania "dogłębniej", która to cecha czynić
miałaby jego życie donioślejszym etycznie , skazując jednakowoż na samotność
pośród niewrażliwego motłochu. Tfu, tfu! Absolutnie odmawiam udziału w
zbiorowym puszeniu się intelektualnych pawi, od których uciekałam swego czasu z
uniwersytetu, a na których ostatecznie co i rusz natykam się w tych cholernych tłoczniach
kultury, w których Eł zarabia na życie.

 

Mogę pić kawę z mlekiem i bajdurzyć o pierdołach,
jabłecznikach lub naprawdę dobrej książce. Ale są ludzie, którzy nachalnie
zawracają stery rozmowy wprost na sprawy tak paskudne jak sztuka, sens życia
czy umieranie, a wobec takich tematów mogę tylko głupio patrzeć w serwetkę, mieszając
palcem w sandale. Dawno już nie wierzę w żadne z tych słów, pewnie dlatego wolę
podlewać swoje hortensje, azalie i paprocie, zajadać się naleśnikami, pić colę
na stacji gdzieś w okolicach Iwano-Frankiwska, śledzić wzrokiem kozice na
tatrzańskiej grani. A chwile, w których tak mi dobrze, lubię uwieczniać,
wywoływać i chować do albumu, żeby w deszczowe wieczory pamiętać, że się
zdarzyły.

                                                                                                             

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

niezręczności

12 maj

Mam taki niepokojący defekt – gdy wchodzę do cudzego mieszkania, chcąc nie chcąc zerkam wścibsko w stronę biblioteczki, by dowiedzieć się, co też czyta gospodyni bądź gospodarz. Ukradkiem prześlizguję wzrokiem po grzbietach zgromadzonych książek, identyfikuję tematykę, zgadując zainteresowania właścicieli woluminów. Szczególny entuzjazm budzą we mnie ulubieni autorzy, ukochane tytuły. Choć to bardzo narcystyczny odruch, ich odnalezienie wzbudza we mnie większą sympatię do osób, które poddaję tym szpiegowskim testom czytelniczym. Ta niegrzeczna ciekawość zaprowadziła mnie ostatnio ku przeszklonym drzwiczkom ukrywającym książkową kolekcję mojej sąsiadki, gdy ta pozostawiła w mojej opiece swoje mieszkanie i dwa rozleniwione koty. Znalazłam u niej ulubione powieści w towarzystwie tych, które bardzo chciałabym przeczytać. Znalazłam fantastyczne opracowania naukowe. I stos fascynujących gier planszowych.

Chętnie nawiązałabym do tego odkrycia, otwierając sobie drogę do pożyczania od niej dzieł ulubionych autorów. Chętnie zaproponowałabym wspólne granie. Ale to tak nieładnie: rozglądać się, inwigilować, sprawdzać, szperać. Z tej niezręczności nie zapytam więc o nic. No bo głupio się przyznać.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS