...
długo i szczęśliwie 2011-12-01
Jeden z tych jesiennych dni, gdy rozczulam się nad rozwartym wnętrzem albumów, nad starymi listami w zakurzonych kartonach, nad wyblakłymi nadrukami na prostokątach biletów do kina. Gdzieś w tym wszystkim dziewczęce wspomnienia pisane międz łykiem gorącej herbaty z imbirem a kawałkiem ciasta z wiśniami:
"Jest tak nierzeczywiście, nagle przyszła jesień, więc chowamy się w
podziemnych barach z ciepłym piwem, uciekamy po schodach w głąb krętych
korytarzy malowanych czerwoną farbą, rozmawiamy z obcymi ludźmi, którzy
się do nas przysiadają. Nad nami terkoczą samochody, ludzie tupią swoimi
obcasami. Dopiero nocą wychodzimy na zewnątrz, rozglądamy się uważnie
dookoła i łapiemy się za ręce. Biegniemy przez puste parki, rozdeptujemy
brudne kałuże. Potem stawiasz mnie na poręczy mostu, drżę z zimna,
śmiejesz się ze mnie. Deszcz skrada mi się za kołnierz, więc nachylasz
się nade mną by wyciągnąć go stamtąd ustami.
(Ja wiem, to nie jest; to nie może być miłość.)"
http://muchomor.blog.pl/archiwum/index.php?nid=4518978
Ponad osiem lat minęło od czasu, gdy jasnowłosa dziewczynka z zadziornym kucykiem wystukała na klawiaturze te słowa i kliknęła eter. Tym stukaniem plastikowych kwadracików, ale też ołówkowym zgrzytem i skrzypieniem stalówki zapełniła jeszcze wiele stron, które dziś wyciągałam spod motków wełny i sznurów korali ukrytych w starych pudłach na samym szczycie szafy. Wycierając cieknący nos w rękaw różowej piżamowej bluzy jestem jej tak bardzo wdzięczna za te wszystkie notatki, karteczki i wpisy, z każdym rokiem coraz krótsze i coraz rzadsze. I tylko, gdybym mogła, chciałabym usiąść z nią przy mokrym jesiennym oknie jej panieńskiego pokoju, przytulić ją tak mocno, jak tego zawsze potrzebowała. I chciałabym zapewnić ją, że nie musi się martwić o ten uśmiech na twarzy, że nie musi tak drżeć o tę bajkę, którą każdego wieczoru zapisuje w swoim notesiku, bo - mimo wszystkich kłopotów i zawirowań - czar już nie pryśnie. Chłopiec, w beżowym trenczu, w którym się wtedy zakochała, będzie już zawsze parasolem na jej deszcz. Oboje okażą się silni, cierpliwi i ufni. Nie będzie im łatwo, ale w zamian za to Pan Los obsypie ich słoskimi landrynkami chwil, które pochowają po kieszeniach i będą z nich czerpać siły, gdy przyjdzie Trudne i Złe.
Chciałabym też zajrzeć przez ramię do notesu tej kobiety, którą będę za kilkanaście, kilkadziesiąt lat i dowiedzieć się, że im się naprawdę udało. Że przez ten cały czas byli tak samo ufni, cierpliwi i silni. I że - powiedzmy to sobie szczerze - żyli długo i szczęśliwie.
. 2011-12-01
Czuję się tak, jakby za rogiem czekało na mnie coś bardzo ważnego. Pewnie dlatego znów zapuszczam włosy. Odkąd pamiętam, zawsze wtedy, gdy przygotowywałam się na istotne chwile w moim życiu, zapuszczałam włosy. Robiłam tak przed pierwszą Komunią. A także przed maturą. Oraz wtedy, gdy kończyłam studia i zaczynałam pracę. Miałam wtedy takie same pukle jak dziś. Aż do samego pasa.
Czuję się tak, jakbym oczekiwała osiemnastych urodzin. Z podnieceniem i niepokojem myślę o tym wszystkim, co zdaży się w ciągu najbliższego roku, o tych wszystkich mądrych i dorosłych planach, które rysuję sobie coraz wyraźniej. Wydaje mi się, że mam wreszcie dość siły, by zamiast się mazgaić, wziąć w końcu życie za bary, bo ostatecznie jestem mądrą i dzielną dziewczynką, która sobie poradzi. A jeśli nawet nie, to przecież nic się takiego nie stanie.
wstecz 2011-11-14
Więc jesień. Za oknem mróz. Robimy z Gosią tradycyjny niedzielny obiad, tłukąc głośno plastry schabu. Z kubkiem herbaty w dłoniach przerzucamy strony starych albumów, jakieś licealne zdjęcia sprzed kilkunastu lat. A na nich pyzate, słodkie buzie dziewczynek, którymi wtedy byłyśmy. I, chcąc nie chcąc, trochę wzdychamy do tych pyzatych uśmiechów, beztroskich wakacji nad jeziorami lub morzem, dziewczyńskich wygłupów. W naszej pamięci wszystko takie jeszcze nieodległe, świeże. Jeszcze mi pachną smażone flądry, które jadłyśmy z dziewczynami na Helu po maturze, a w szafie wciąż mam tę samą różową sukienkę, w której spacerowałam po tamtejszej plaży.
Wiadomo, nie wszystko poukładało się tak, jak w dziewczyńskich snach o życiu długim i szczęśliwym i to nie zawsze z tego powodu, że złośliwy Pan Los mieszał szyki; czasem po prostu dlatego, że byłyśmy takie słodkie, pyzate i głupie. A jednak gdy myślę o tych wszystkich latach po maturze, nie wykreśliłabym z tej historii zbyt wiele liter. Lubiłam chodzenie na uczelnię, siedzenie z nosem w książkach i dyskusje na zajęciach; tak jak dziś lubię snuć swoją opowieść moim studentom. Lubiłam grzane wino z miodem i spacery nad rzeką. Na jednym nich przytuliłam sobie mądrego chłopca, który pachniał drożdżowym plackiem i gorącym mlekiem. Przegadaliśmy wiele wieczorów i nocy, przespacerowaliśmy razem wiele miast, zanim – osiem lat później – chłopiec ten został moim mężem. Moje życie stawało się takie, jakie lubię.
Dobrze mi, gdy o tym myślę i gdy uśmiecham się przy tym do osiemnastoletniej buzi dziewczęcia, którego zdjęcie wciąż noszę w moim tracącym ważność dowodzie osobistym. Oby dziewczyna z nowego zdjęcia była na tyle spokojna i silna, by fajnie zapisać nowo otwartą dekadę. Byle tak dalej, byle tak dalej.
skomentuj (2). 2011-09-04
W sobotnie popołudnie idziemy z Gonią do parku i - chcąc nie chcąc - mijamy place zabaw, na których seksowni tatusiowie w spodenkach w kratkę biegają za pociechami wycierając im co rusz usta nawilżaną chusteczką. W internecie wpadam na program o nastoletnich matkach, ambitbej produkcji MTV i, nie wiedzieć kiedy, kończę oglądać drugi sezon, w którym naście lat młodsze ode mnie małolaty radzą sobie jakoś z pracą, nauką, rodzicielstwem. Trudno o rozmowę, w której ktoś nie poruszyłby kwestii ciąży, porodu, macierzyństwa. Nawet Eł mówi, że dosyć ma już tej bezdzietnej sielanki. Zaczynam czuć na sobie presję, choć dopiero teraz czuję, że mam czas na to, aby odetchnąć. W końcu mam swoje życie, czas dla siebie, szansę na to, by się rozwijać. Wszystko to, o czym tak długo marzyłam. Przeraża mnie wizja raczkującego po domu, nieokiełznanego małego człowieka z byle powodu wybuchającego dzikim płaczem. Drżę na myśl o nieprzespanych nocach, pieluchach, szczepionkach, ząbkowaniu i rachunkach za żłobek. Z drugiej strony mam już półki pełne dzieciecych książek, karton nowych pluszaków i kilka plastikowych butelek, które to rzeczy kupiliśmy jakoś bezwiednie, sama nie wiem dlaczego i po co. I coraz częściej zdarza mi się myśleć, że może to ten czas.
skomentuj (2). 2011-08-13
Gdy byłam nastoletnią dziewczynką marzyłam o tym, by być kiedyś mądrym człowiekiem z fascynującą mnie wówczas zdolnością opowiadania pouczających historii. Chciałam być wówczas prawdopodobnie kimś takim jak D., przechadzać się powoli po śliskiej posadzce muzeum, sączyć kawę przy stoliku zaprzyjaźnionej kawiarni, kryć zmarszczki pod jedwabną apaszką i białym muślinem sypkiego pudru. Cedzić słowa z namaszczeniem tak wielkim, iż samo ich brzmienie robiłoby na wszystkich wrażenie i przymuszało do słuchania.
Ale wszystko się pokićkało i im bardziej staram się uciekać od ignorancji, tym
bardziej uciekam od zaprzyjaźnionych kawiarni dusznych od
przeintelektualizowanych tyrad frustratów, ich paternalistycznych spojrzeń i
gestów. Dawno już chyba wyrosłam z egzaltowanego nastolęctwa, tego obrzydliwego
stanu umysłu, w którym człowiekowi wydaje się, że posiada zdolność widzenia
"więcej" i przeżywania "dogłębniej", która to cecha czynić
miałaby jego życie donioślejszym etycznie , skazując jednakowoż na samotność
pośród niewrażliwego motłochu. Tfu, tfu! Absolutnie odmawiam udziału w
zbiorowym puszeniu się intelektualnych pawi, od których uciekałam swego czasu z
uniwersytetu, a na których ostatecznie co i rusz natykam się w tych cholernych tłoczniach
kultury, w których Eł zarabia na życie.
Mogę pić kawę z mlekiem i bajdurzyć o pierdołach, jabłecznikach lub naprawdę dobrej książce. Ale są ludzie, którzy nachalnie zawracają stery rozmowy wprost na sprawy tak paskudne jak sztuka, sens życia czy umieranie, a wobec takich tematów mogę tylko głupio patrzeć w serwetkę, mieszając palcem w sandale. Dawno już nie wierzę w żadne z tych słów, pewnie dlatego wolę podlewać swoje hortensje, azalie i paprocie, zajadać się naleśnikami, pić colę na stacji gdzieś w okolicach Iwano-Frankiwska, śledzić wzrokiem kozice na tatrzańskiej grani. A chwile, w których tak mi dobrze, lubię uwieczniać, wywoływać i chować do albumu, żeby w deszczowe wieczory pamiętać, że się zdarzyły.
skomentuj (1)
niezręczności 2011-05-12
Mam taki niepokojący defekt - gdy wchodzę do cudzego mieszkania, chcąc nie chcąc zerkam wścibsko w stronę biblioteczki, by dowiedzieć się, co też czyta gospodyni bądź gospodarz. Ukradkiem prześlizguję wzrokiem po grzbietach zgromadzonych książek, identyfikuję tematykę, zgadując zainteresowania właścicieli woluminów. Szczególny entuzjazm budzą we mnie ulubieni autorzy, ukochane tytuły. Choć to bardzo narcystyczny odruch, ich odnalezienie wzbudza we mnie większą sympatię do osób, które poddaję tym szpiegowskim testom czytelniczym. Ta niegrzeczna ciekawość zaprowadziła mnie ostatnio ku przeszklonym drzwiczkom ukrywającym książkową kolekcję mojej sąsiadki, gdy ta pozostawiła w mojej opiece swoje mieszkanie i dwa rozleniwione koty. Znalazłam u niej ulubione powieści w towarzystwie tych, które bardzo chciałabym przeczytać. Znalazłam fantastyczne opracowania naukowe. I stos fascynujących gier planszowych.
Chętnie nawiązałabym do tego odkrycia, otwierając sobie drogę do pożyczania od niej dzieł ulubionych autorów. Chętnie zaproponowałabym wspólne granie. Ale to tak nieładnie: rozglądać się, inwigilować, sprawdzać, szperać. Z tej niezręczności nie zapytam więc o nic. No bo głupio się przyznać.
. 2011-04-13
Czasem ze zgrozą myślę o przeprowadzce Eł do Wrocławia. Z jednej strony oboje marzymy o tym, żeby po tylu latach przestały nas oddzielać setki kilometrów, których pokonanie jest tym trudniejsze i zajmuje tym więcej czasu, im więcej ma się pracy i zadań do wykonania. Z drugiej strony każde z nas przywykło do jakiegoś wyłącznie swojego teryturium, absolutnie niedostępnego dla drugiej osoby. Każde z nas przywykło do prywatnego harmonogramu zasypiań i przebudzeń, do własnego jadłospisu, sposobu posługiwania się domowymi przedmiotami, indywidualnego rozkładu dnia. Drażni mnie, gdy Eł próbuje naruszyć mój odwieczny porządek. Eł zżyma się, gdy ja próbuję ingerować w jego sposób życia. Nawet kołdry mamy zawsze osobne, choć przecież mamy dla siebie mnóstwo czułości.
Może jestem przewrażliwiona, mieszkaliśmy już razem wielokrotnie. Ale zawsze to nasze pomieszkiwanie odbywało się na czyimś wyłącznym terytorium, na którym druga strona składała swe roszczenia w ofierze, zdając sobie sprawę z tymczasowości sytuacji. Więc znoszę w pełnym cierpienia milczeniu wszechobecny bałagan na Chycówce, Eł znosi w pełnym cierpienia milczeniu moje wołanie o porządek w naszym mieszkaniu na Muchoborze. Mówię: "naszym mieszkaniu", a w sumie żadne z nas tak o tym miejscu nie myśli. To ja wybierałam każdy jego detal budując z nich coś, co miało stać się przyjaznym miejscem - z mojej perspektywy. Eł wpada tu zawsze tylko na chwilę - kilka dni, tydzień, czasem dwa - a potem mówi, że wraca "do domu". Tak właśnie mówi o tej starej ruderze na Chycówce: "dom". Choć to tylko pokój z kuchnią na zrujnowanym strychu podnajętym od dwóch starych góralek. Ale to jego miejce. Jego kraina kurzu, porozrzucanych odpadków, nieumytych talerzy, wszędobylskich stron scenariuszy i Przeglądu Sportowego , wypełniających każdy zakamarek, który nie został dotąd skolonizowany przez fragmenty brudnej garderoby. Nic dziwnego, że nie widzę tam miejsca dla siebie. I chyba nic dziwnego, że boję się, by ten cały inwentarz nie wkroczył do mojej oazy harmonii i porządku, którą tak skrupulatnie pielęgnuję. Więc gdy przychodzi mi na myśl ewentualność przeprowadzki Eł do Wrocławia, mimo całej tęsknoty czuję ciarki niepokoju na plecach. I już sama nie wiem.

